wtorek, 17 stycznia 2017

Scrimshaw – zapomniana sztuka?

Billa poznałem w styczniu 1988 roku. Jego drewniany „Nimbus” stał burta w burtę z „Czarnym Diamentem” przy międzynarodowym nabrzeżu w durbańskim jacht-klubie. Bill malował maszt, naprawiał uszkodzone klapy w kokpicie, sprawdzał stan żagli i czasem wdawał się w pogawędkę z moim ojcem. Przy okazji jednej z takich pogawędek Bill wspomniał coś o scrimshaw.

Nie bardzo wiedzieliśmy o co chodzi mimo jego wyjaśnień. Koniec końców umówiliśmy się, że Bill przyjdzie do nas na obiad i opowie lub pokaże czym się zajmuje.

Byłem jeszcze czymś zajęty w kabinie na rufie gdy zawołał mnie tata. Kiedy wszedłem do messy ojciec i Gosia pochylali się nad czymś leżącym na stole. To było owo scrimshaw.

Na wypolerowanych zębach kaszalota widniały zgrabne sylwetki żaglowców, które pod pełnymi żaglami płynęły do jakichś nieznanych portów.

Mogę powiedzieć, że od tamtego wieczoru zaczęła się moja przygoda ze sckrimshaw. Sam zacząłem uprawiać tę sztukę i zbierać materiały dotyczące jej historii. Na początku nie było to takie proste, bo nawet środowisko żeglarzy niewiele na ten temat wiedziało, a publikacji było jeszcze mniej.

Udało mi się jednak parę interesujących rzeczy wyszperać i wzbogacić moją wiedzę o sztuce najmocniej z morzem związaną, a o której w naszym kraju wciąż niewiele wiadomo.

Scrimshaw narodziło się najprawdopodobniej na pokładach statków wielorybniczych na początku XVIII wieku. Mimo, że najwcześniejsze zapiski, w których pojawia się nazwa „scrimshaw” pochodzą z dzienników okrętowych z 1820 r., to można przypuszczać, że pierwsze prace powstawały znacznie wcześniej. Niektórzy scrimshanerzy twierdzą nawet, że Eskimosi dużo wcześniej wykonywali ryciny w kłach morsów. Jeszcze inni posuwają się dalej i uważają, że scrimshaw powstało już w czasach prehistorycznych gdy nasi przodkowie ryli różne motywy w kościach upolowanych zwierząt.

Ja jednak skłonny jestem upierać się przy opinii, że prawdziwe scrimshaw jest tak stare jak jego nazwa.

Sztuka, o której tu mówimy, przez prawie dwa wieki rozwijała się i zdobywała popularność. Te małe cacka, które niejednokrotnie były prawdziwymi dziełami sztuki, szybko stały się cennymi pamiątkami przywożonymi przez marynarzy z dalekich podróży. Od wielorybników umiejętność rycia w kości przejmowali marynarze pływający na innych jednostkach, a od nich inni ludzie, którzy z morzem nie mieli nić wspólnego.

Dla wielu marynarzy, scrimshaw było jedynie przyjemnym zajęciem pozwalającym zabić nudę podczas przerw w pracy. Chwytali wtedy za koziki i ryli, rzeźbili w zębach kaszalota.

Byli jednak i tacy, którzy wkładali małe ryciny całą duszę. Wzbogacali swój warsztat pracy i stawali się prawdziwymi mistrzami w tej dziedzinie.

Scrimshaw to piękne, precyzyjne ryciny lub płaskorzeźby w kłach kaszalotów. Nie był to jednak jedyny surowiec wykorzystywany przez scrimshanderów. Można spotkać wspaniałe przykłady scrishanderskiej roboty wykonane w kości szkieletowej wielorybów, fiszbinach, ciosach morsów, zębach fok, kości narwali, kości słoniowej, szylkrecie a nawet w muszlach.

Największą jednak popularnością cieszyły się ryciny wykonane we wspomnianych już zębach kaszalotów.

Lata 1815-1880 to złoty okres wielorybnictwa kaszalotowego. W tym też czasie scrimshaw przeżywa swój triumf.

Najczęstszym motywem prac scrimshanderskich były żaglowce, scenki z życia ówczesnych statków oraz ilustracje przedstawiające porty. Niemniej częste były portrety kobiet, kapitanów lub zwykłych marynarzy.


Scrimshaw 


Część z tych prac, ze względu na jakość wykonania ma obecnie wartość jedynie historyczną. Jest jednak sporo rycin, które naprawdę zachwycają. Niektóre są tak dokładne, że można zauważyć kotwicę zawieszoną pod dziobem, bloki przez które przechodzą liny, nadbudówki na pokładach, bogate zdobienia dziobu i rufy a nawet zamocowania bomów, gafli i rej.

Wykonanie ryciny w zębie kaszalota zabierało sporo czasu. Trzeba nam pamiętać, że ówcześni scrimshanderzy nie dysponowali tymi samymi narzędziami, które dzisiaj można nabyć bez większych problemów. Całą pracę należało rozpocząć od przygotowania materiału.

Ząb kaszalota jest surowcem dość twardym o nierównej, lekko pofałdowanej powierzchni. Aby móc cokolwiek na nim wyryć trzeba najpierw wyrównać powierzchnię, co pierwsi scrimshanderzy czynili za pomocą noża, a następnie wygładzić i wypolerować. Do wygładzania i szlifowania używano często skóry rekina o bardzo drobnych lecz ostrych łuskach. Na początku ryciny wykonywano bardzo ostrym nożem i igłą. Potem, co znamienitsi artyści sami robili swoje narzędzia. Bardzo często te przybory do rycia przechowywane były w pięknie zdobionych puzderkach. Na wykonaną rycinę nanosiło się czarną farbę sporządzoną z sadzy i płynu lub pasty polerskiej, albo India-ink (rodzaj tuszu). Po wyschnięciu ścierało się nadmiar barwnika dłonią i polerowało do uzyskania połysku.

Dziś w podobny sposób ryje się w kości. Zmieniły się jedynie przybory i to też nieznacznie. Sposób przygotowania zęba jest taki sam. Nóż zastąpiony został specjalnym skrobakiem, najczęściej wykonanym samodzielnie przez artystę. Zamiast skóry rekina mamy papier ścierny do szlifowania na mokro. Najczęściej używa się papieru o różnej grubości ziarna, od 200 do 1000. Ząb szlifuje się na mokro stopniowo zmieniając grubość ziarna papieru. Na koniec poleruje się go flanelową szmatką nasączoną płynem lub pastą polerską.


fot. Radosław Rymut 

Do samego rycia używa się obecnie skalpeli i rylców. Skalpelem wykonuje się długie cięcia. Grubość linii zależy od siły nacisku na ostrze. Im mocniej naciskamy tym linia grubsza. Rylców używa się do krótkich cięć i wykonywania detali.

Każdy skrimszander ma swój własny sposób pracy. Jedni dla uzyskania efektu światłocienia stosują zagęszczenie linii równoległych, inni wykonują cięcia krzyżujące się a jeszcze inni stosują setki drobnych punktów w miejscach gdzie pożądany jest cień. Są również kolorowe schrimshaw gdzie barwnikiem jest farba olejna. Nakłada się ją za pomocą bardzo cieniutkich pędzli.


Mariusz Radomski 

Obecnie niewielu ludzi zajmuje się tą sztuką. Na wieloryby się już właściwie nie poluje, handel kością słoniową jest zabroniony a do kości mamuciej, która jest materiałem alternatywnym dla wielu scrimshanderów, niewielu ma dostęp. Chyba najliczniejszą grupę artystów, zajmujących się obecnie scrimshaw stanowią Amerykanie. Ale nie ma się czemu dziwić. To przecież w Stanach Zjednoczonych istniała największa flota wielorybnicza i tam też najwięcej pamiątek scrimshanderskiej roboty można spotkać.

W Europie na scrimshaw można się jeszcze natknąć w muzeach morskich i nautykwariatach Wielkiej Brytanii, Włoch i Francji. W Polsce nie spotkałem się jeszcze z pracami scrimswhanderskimi. Nie słyszałem też by ktoś parał się tym zajęciem. Szkoda bo chętnie wymieniłbym się doświadczeniami i pogłębił swą wiedzą o tej pięknej sztuce.

Mówiąc o scrimshaw warto zatrzymać się na chwilę przy samym tym słowie. Jak się je pisze po polsku i czy w ogóle istnieje polski odpowiednik tego słowa? W języku angielskim istniało kilka wariantów jego pisowni. Pisano je „scrimshaw” lub „schrimshaw”.

Scrimshaw, czy też schrimshaw oznaczać może samą czynność rycia w kości bądź gotowy produkt. Istniało też kilka form czasownikowych tego słowa: scrimshonting, squimshonting,

schrimchonting. Przez niektórych scrimshanderów, dla określenia czynności rycia w kości, a może i samego produktu, używane było słowo „haberdashing”. Obecnie najpopularniejszą jego formą jest „scrimshaw”.


Obraz Mariusza Radomskiego - Syna Kapitana Jerzego Radomskiego 


W polskim tłumaczeniu “Moby Dicka” Hermana Mervill’a jest kilka fragmentow poświeconych scrimshaw gdzie słowo to przetłumaczone jest jako „skrimszo” (skrimszander).

Scrimshaw odeszło w cień wraz z upadkiem wielorybnictwa pod koniec XIX w. Umiejętność te pielęgnowali emerytowani marynarze a od nich przejęli ja nieliczni rzemieślnicy, grawerzy i zawodowi graficy. Dzieki nim i wszystkim miłośnikom scrimshaw dotrwało do diś. Jeśli wiec kiedyś, w jakimś portowym mieście natkniecie się na wizerunek żaglowca wyrytego w kle kaszalota, morsa czy kości słoniowej, to pamiętajcie, ze macie do czynienia ze sztuka, która ze wszystkich innych najbardziej z morzem jest związana. - Mariusz Radomski

W roku 2016 zaś Kapitan Jerzy Radomski wraz z załogą odwiedzili cudowne wyspy portugalskie - Azory, gdzie znajduje się bardzo ciekawe muzeum tej sztuki, oto kilka zdjęć:


5 pokoleń właścicieli najsłynniejszego baru żeglarskiego na Azorach - Peter Cafe









niedziela, 30 października 2016

50–lecie POLSKIEGO BRACTWA WYBRZEŻA

HERMANDAD DE LA COSTA 
50 – lecie POLSKIEGO BRACTWA WYBRZEŻA 1966 - 2016 
Mesa Kaprów Polskich 

4.04.1951 roku w Chile siedmiu przyjaciół uprawiających żeglarstwo postanowiło założyć w Santiago de Chile stowarzyszenie „Hermandad de la Costa”. Nazwa została przyjęta w nawiązaniu do historycznych stowarzyszeń flibustierów na Karaibach. To małe stowarzyszenie opracowało tak atrakcyjną i trafiającą do ludzi morza ideologię i formę działania, że obecnie jest organizacją zasługującą na miano światowej. Liczebność Hermandad de la Costa na świecie szacowana jest obecnie na ok. 3000 osób. 

Wyprawa geograficzna polskiego jachtu „Śmiały” dookoła Ameryki Południowej i pobyt w Chile stały się okazją do nawiązania kontaktów Bractwa z polskimi żeglarzami. Załoga jachtu otrzymała w Chile cyfry od 1 do 6 w nowo powstałym Polskim Bractwie. W dniu 03.09.66 kapitan jachtu i Bractwa, Bolesław K. Kowalski (1) zarządził demokratyczne wybory i przez następnych siedem lat Kapitanem Polskiego La Hermandad de la Costa był Jerzy A. Knabe (2). Obecnie Mesa Kaprów Polskich liczy 90 Braci. 

Już kilkanaście lat temu we włoskim porcie Fiumicino kapitan śp. Bolesław Kowalski zachęcał mnie do przystąpienia do Bractwa. Niestety nie mogłem być w kraju na Zafarrancho (corocznym spotkaniu Braci), ponieważ wypływałem w kolejny rejs na Ocean Indyjski. Dopiero po zakończeniu mojego długiego rejsu w 2010 roku na kolejnym Zafarrancho zostałem zarekomendowany na do Bractwa przez Braci Mesy Gdańskiej - Andrzeja Dębca i Andrzeja Radomińskiego i zostałem Jungą. 

03.09.16. z portu Chałupy, pomerankami Bracia i goście przetransportowani zostali na Suchą Rewę ( bezludna wysepka – łacha ). W czasie Zafarrancho odbyła się uroczystość wręczenia Nagrody Chwały Mórz, w postaci wcale nie symbolicznego Kaperskiego Topora Bojowego, tegorocznemu laureatowi inż. Zygmuntowi Choreniowi, który jest uważany za najlepszego konstruktora żaglowców na świecie. Kapitan uzyskał patent Kapitana Jachtowego. W latach 1973/74 jako pierwszy oficer brał udział w okołoziemskich regatach Whtebread na jachcie „Otago”. 

Liczba żaglowców które zostały zaprojektowane i przez Zygmunta Chorenia jest imponująca. 18 statków żaglowych pływa pod banderami Polski, Bułgarii, Rosji, Ukrainy, Niemiec, Finlandii, Japonii, Panamy, Wietnamu, Algierii. W 2000r. zaprojektowano „Royal Clipper” ( ex, Gwarek) - pięciomasztową fregatę, największy obecnie pływający żaglowiec, którego często spotykałem na Karaibach. Polskie żaglowce: „Pogoria”, „Dar Młodzieży”. „Iskra II”, „Oceania”, „Fryderyk Chopin”, zostały zaprojektowane przez inż. Chorenia. W 2012 roku miałem zaszczyt gościć na „Czarnym” Brata Chorenia i jego małżonkę Barbarę. 

Po części oficjalnej Bracia trochę zgłodnieli i przystąpili do degustacji rybnych przysmaków kaszubskich. Humor i pogoda nam dopisała. 

04.09.16, 

O godzinie 12.30 Bracia Wybrzeża zebrali się w basenie jachtowym im. gen. M Zaruskiego na uroczystości odsłonięcia tablicy pamiątkowej Brata Bolesława Kowalskiego Nr 1. Śp. kpt. Bolek Kowalski był kapitanem jachtu „Dar Opola” w wyprawie „Koral” na Morze Czerwone w 1960 roku. A sześć lat później kapitanem jachtu „Śmiały” w rejsie do Ameryki Południowej. Czterokrotnie pełnił funkcję Kapitana Mesy Polskiej. W uroczystości brała udział małżonka Śp. Kapitana Kowalskiego: Teresa Kowalska oraz liczne grono Braci i żeglarzy. 

Po uroczystości część Braci zwiedzała Dworzec Morski - Muzeum Emigracji w Gdyni. Może za kilka lat eksponaty muzeum wzbogacą się o kolejne, dotyczące emigracji z ostatniej dekady. 

Wieczorem bankiet w Domu Marynarza w Gdyni. W czasie tego bankietu Kapitan Mesy Kaprów Polskich Jerzy Knabe # 2 wydał polecenie przystąpienia do mustrowania Jungów: - Bosmanie przygotuj tych jungów zgodnie ze zwyczajem. Rekwizytami przy mustrowaniu są Oktalogo, czaszka i dwie rytualne świece, kaptury, łańcuch więzy do rąk oraz szabla lub miecz. 

Jungowie udali się do osobnego pomieszczenia. Tam musieli podpisać cyrograf, następnie założono im kaptury na głowę oraz łańcuchami związano ręce. Przy mustrowaniu mogli uczestniczyć tylko Bracia. Więc dalej już o mustrowaniu nie piszę. Mogę tylko pochwalić się, że zostałem Bratem o numerze 149. 

Serdecznie pozdrawiam tradycyjnym zawołaniem Braci Wybrzeża Orzaaaa! 

Brat 149 



Jerzy Knabe brat nr 2 Kapitan Mesy Kaprow Polskich 


Brat Andrzej Radomiński wita mnie w Pucku 


Flaga z moim numerem w bractwie 


Ja wraz z Alkiem Górskim

Bracia