czwartek, 4 maja 2017

Witam ponownie piękny Puck!



Wróciłem po ponad półrocznej rozłące z moim Jachtem, oraz z tym urokliwym miejscem pełnym ciekawych ludzi. Od razu zaczęły się spotkania, niezawodny Grzegorz pomógł w technicznych sprawach, między innymi w przywiezieniu podestu pod Czarnego by ułatwić wejście i zejście do niego. Z Dorotką jesteśmy już na ostatniej prostej pisania mojej drugiej książki, co zabierało ostatnimi miesiącami najwięcej czasu.

                                     
Przywitała mnie tu piękna pogoda, mam z pewnością dobre wspomnienia związane z tym miejscem.
Dodatkowo załączam zdjęcia, z adeptami żeglarstwa którzy imponują nawet mnie, twardo pływają i trenują w zatoce, przed regatami, i widać że poziom jest naprawdę wysoki. Oby tak dalej!



czwartek, 27 kwietnia 2017

 Wagabundo czas ruszyć w drogę! 


Dorota Żychowska ,- konserwator  starych jachtów,  w cywilu inżynier na etacie ZUS-u,  oraz kpt. jachtowy ,- Jacek Międzobrocki w cywilu Profesor U.J w Krakowie postanowiliśmy pojechać do Przemyśla i zjeść wspólnie obiad z Kapitanem Heniem Jaskułą.


Ponieważ cały czas jestem w kontakcie z Henrykiem uzgodniliśmy, że możemy się spotkać 19 kwietnia po godzinie 1400.   
W drodze do Henia zatrzymujemy się na kawkę u Basi,  małżonki ś.p. Krzyśka  Zabłockiego zamordowanego przez somalijskich piratów. W dalszej drodze długo zastanawiałem się nad moją 36 letnią włóczęgą po morzach i oceanach.   Trzy razy przepływałem  w tym niebezpiecznym rejonie. Cztery razy miałem spotkania z piratami- bandytami. 
Kilka godzin po czternastej meldujemy się w Przemyślu przed domem Henryka. 



Cztery godziny trwa spotkanie z Heniem. Po obiedzie zaczynają się morskie opowieści.. Kiedy wspominamy wspólny rejs jachtem  „Chrobry” na Wyspy Kanaryjskie w 1970 roku,  Henryk dokładnie opowiedział o  akcji  „człowiek za burtą”. Cieszę się bardzo, że mogłem nagrać tą opowieść. Wszyscy podziwiamy Henryka za doskonałą pamięć. 
Dorota z Jackiem poprosili Henryka aby podpisał jego książki.  Heniu naniósł poprawkę w książkach, która została wykreślona przez cenzurę.  Nasze morskie opowieści mogłyby trwać godzinami. Kiedy 5 lat temu odwiedziłem Henryka, przy butelce rumu przegadaliśmy całą  noc. Ja cieszę się bardzo, że odwiedziłem Henryka oraz mogłem spełnić marzenia Dorotki i Jacka o spotkaniu ze słynnym polskim żeglarzem  kpt. Henrykiem Jaskułą. 
W drodze powrotnej Jacek otrzymuje wiadomość ,że jego małżonka  Małgosia czeka na nas z kolacją.. Do późnych godzin nocnych,  ciąg dalszy morskich opowieści. O trzeciej w nocy wracamy do Krakowa  Po śniadaniu Dorota zabiera mnie na spacer po Krakowie. 
 W każdy czwartek do tawerny żeglarskiej „Stary  Port”  przychodzą żeglarze. Dziś do tawerny przyszło trzech gitarzystów oraz jeden akordeonista. Główny solista, Wojtek Bombol ma tak donośny głos ,że potrafił zagłuszyć orkiestrę dętą.   Repertuar bardzo urozmaicony: szanty, ballady rosyjskie, macedońskie. Sympatyczna młoda dziewczyna zaśpiewała po francusku piosenki Edith Piaf. Koncert zakończył się około drugiej w nocy.   
Rano jadę już do Warszawy na obrady Zafarrancha Statutowego ,- Bractwa Wybrzeża, Messy Kaprów Polskich.  46 Braci calej Polski zjechało do stolicy, aby nanieść poprawki do statutu wymagane przez nasze władze. 

Późnym wieczorem wracam do domu, aby przygotować się do następnej podróży tym razem do gościnnego Pucka gdzie „Czarny Diament” czeka na mnie.  
A co dalej z jachtem????? Może macie jakiś pomysł. 

Pozdrawiam Jurek 

środa, 12 kwietnia 2017


50 lat żeglarstwa w Jastrzębiu Zdroju 



Żeglujemy z Pasją…..


07.04.17r w Galerii Historii Miasta w Jastrzębiu Zdroju, żeglarze oraz mieszkańcy miasta, mogli zapoznać się z historią żeglarstwa w naszym mieście. O imponującej ekspozycji nie będę się rozwodził, bo to trzeba zobaczyć.
Tak więc serdecznie zapraszam szczególnie młodzież szkolną, od odwiedzenia wystawy do poniedziałku do piątku w godzinach 1000-1730.
Po spotkaniu w Galerii Historii Miasta uczestniczyliśmy w koncercie szantowym który odbył się w Domu Zdrojowym. Do późnych godzin nocnych słuchaliśmy szant w wykonaniu Romana Roczenia z Warszawy oraz zespołu „Drake” z Częstochowy . To był prawdziwy maraton żeglarski.
Organizatorzy wystawy: Miejski Ośrodek Kultury w Jastrzębiu Zdroju oraz Górniczy Yacht Club „Szkwał”

Jurek Radomski







wtorek, 17 stycznia 2017

Scrimshaw – zapomniana sztuka?

Billa poznałem w styczniu 1988 roku. Jego drewniany „Nimbus” stał burta w burtę z „Czarnym Diamentem” przy międzynarodowym nabrzeżu w durbańskim jacht-klubie. Bill malował maszt, naprawiał uszkodzone klapy w kokpicie, sprawdzał stan żagli i czasem wdawał się w pogawędkę z moim ojcem. Przy okazji jednej z takich pogawędek Bill wspomniał coś o scrimshaw.

Nie bardzo wiedzieliśmy o co chodzi mimo jego wyjaśnień. Koniec końców umówiliśmy się, że Bill przyjdzie do nas na obiad i opowie lub pokaże czym się zajmuje.

Byłem jeszcze czymś zajęty w kabinie na rufie gdy zawołał mnie tata. Kiedy wszedłem do messy ojciec i Gosia pochylali się nad czymś leżącym na stole. To było owo scrimshaw.

Na wypolerowanych zębach kaszalota widniały zgrabne sylwetki żaglowców, które pod pełnymi żaglami płynęły do jakichś nieznanych portów.

Mogę powiedzieć, że od tamtego wieczoru zaczęła się moja przygoda ze sckrimshaw. Sam zacząłem uprawiać tę sztukę i zbierać materiały dotyczące jej historii. Na początku nie było to takie proste, bo nawet środowisko żeglarzy niewiele na ten temat wiedziało, a publikacji było jeszcze mniej.

Udało mi się jednak parę interesujących rzeczy wyszperać i wzbogacić moją wiedzę o sztuce najmocniej z morzem związaną, a o której w naszym kraju wciąż niewiele wiadomo.

Scrimshaw narodziło się najprawdopodobniej na pokładach statków wielorybniczych na początku XVIII wieku. Mimo, że najwcześniejsze zapiski, w których pojawia się nazwa „scrimshaw” pochodzą z dzienników okrętowych z 1820 r., to można przypuszczać, że pierwsze prace powstawały znacznie wcześniej. Niektórzy scrimshanerzy twierdzą nawet, że Eskimosi dużo wcześniej wykonywali ryciny w kłach morsów. Jeszcze inni posuwają się dalej i uważają, że scrimshaw powstało już w czasach prehistorycznych gdy nasi przodkowie ryli różne motywy w kościach upolowanych zwierząt.

Ja jednak skłonny jestem upierać się przy opinii, że prawdziwe scrimshaw jest tak stare jak jego nazwa.

Sztuka, o której tu mówimy, przez prawie dwa wieki rozwijała się i zdobywała popularność. Te małe cacka, które niejednokrotnie były prawdziwymi dziełami sztuki, szybko stały się cennymi pamiątkami przywożonymi przez marynarzy z dalekich podróży. Od wielorybników umiejętność rycia w kości przejmowali marynarze pływający na innych jednostkach, a od nich inni ludzie, którzy z morzem nie mieli nić wspólnego.

Dla wielu marynarzy, scrimshaw było jedynie przyjemnym zajęciem pozwalającym zabić nudę podczas przerw w pracy. Chwytali wtedy za koziki i ryli, rzeźbili w zębach kaszalota.

Byli jednak i tacy, którzy wkładali małe ryciny całą duszę. Wzbogacali swój warsztat pracy i stawali się prawdziwymi mistrzami w tej dziedzinie.

Scrimshaw to piękne, precyzyjne ryciny lub płaskorzeźby w kłach kaszalotów. Nie był to jednak jedyny surowiec wykorzystywany przez scrimshanderów. Można spotkać wspaniałe przykłady scrishanderskiej roboty wykonane w kości szkieletowej wielorybów, fiszbinach, ciosach morsów, zębach fok, kości narwali, kości słoniowej, szylkrecie a nawet w muszlach.

Największą jednak popularnością cieszyły się ryciny wykonane we wspomnianych już zębach kaszalotów.

Lata 1815-1880 to złoty okres wielorybnictwa kaszalotowego. W tym też czasie scrimshaw przeżywa swój triumf.

Najczęstszym motywem prac scrimshanderskich były żaglowce, scenki z życia ówczesnych statków oraz ilustracje przedstawiające porty. Niemniej częste były portrety kobiet, kapitanów lub zwykłych marynarzy.


Scrimshaw 


Część z tych prac, ze względu na jakość wykonania ma obecnie wartość jedynie historyczną. Jest jednak sporo rycin, które naprawdę zachwycają. Niektóre są tak dokładne, że można zauważyć kotwicę zawieszoną pod dziobem, bloki przez które przechodzą liny, nadbudówki na pokładach, bogate zdobienia dziobu i rufy a nawet zamocowania bomów, gafli i rej.

Wykonanie ryciny w zębie kaszalota zabierało sporo czasu. Trzeba nam pamiętać, że ówcześni scrimshanderzy nie dysponowali tymi samymi narzędziami, które dzisiaj można nabyć bez większych problemów. Całą pracę należało rozpocząć od przygotowania materiału.

Ząb kaszalota jest surowcem dość twardym o nierównej, lekko pofałdowanej powierzchni. Aby móc cokolwiek na nim wyryć trzeba najpierw wyrównać powierzchnię, co pierwsi scrimshanderzy czynili za pomocą noża, a następnie wygładzić i wypolerować. Do wygładzania i szlifowania używano często skóry rekina o bardzo drobnych lecz ostrych łuskach. Na początku ryciny wykonywano bardzo ostrym nożem i igłą. Potem, co znamienitsi artyści sami robili swoje narzędzia. Bardzo często te przybory do rycia przechowywane były w pięknie zdobionych puzderkach. Na wykonaną rycinę nanosiło się czarną farbę sporządzoną z sadzy i płynu lub pasty polerskiej, albo India-ink (rodzaj tuszu). Po wyschnięciu ścierało się nadmiar barwnika dłonią i polerowało do uzyskania połysku.

Dziś w podobny sposób ryje się w kości. Zmieniły się jedynie przybory i to też nieznacznie. Sposób przygotowania zęba jest taki sam. Nóż zastąpiony został specjalnym skrobakiem, najczęściej wykonanym samodzielnie przez artystę. Zamiast skóry rekina mamy papier ścierny do szlifowania na mokro. Najczęściej używa się papieru o różnej grubości ziarna, od 200 do 1000. Ząb szlifuje się na mokro stopniowo zmieniając grubość ziarna papieru. Na koniec poleruje się go flanelową szmatką nasączoną płynem lub pastą polerską.


fot. Radosław Rymut 

Do samego rycia używa się obecnie skalpeli i rylców. Skalpelem wykonuje się długie cięcia. Grubość linii zależy od siły nacisku na ostrze. Im mocniej naciskamy tym linia grubsza. Rylców używa się do krótkich cięć i wykonywania detali.

Każdy skrimszander ma swój własny sposób pracy. Jedni dla uzyskania efektu światłocienia stosują zagęszczenie linii równoległych, inni wykonują cięcia krzyżujące się a jeszcze inni stosują setki drobnych punktów w miejscach gdzie pożądany jest cień. Są również kolorowe schrimshaw gdzie barwnikiem jest farba olejna. Nakłada się ją za pomocą bardzo cieniutkich pędzli.


Mariusz Radomski 

Obecnie niewielu ludzi zajmuje się tą sztuką. Na wieloryby się już właściwie nie poluje, handel kością słoniową jest zabroniony a do kości mamuciej, która jest materiałem alternatywnym dla wielu scrimshanderów, niewielu ma dostęp. Chyba najliczniejszą grupę artystów, zajmujących się obecnie scrimshaw stanowią Amerykanie. Ale nie ma się czemu dziwić. To przecież w Stanach Zjednoczonych istniała największa flota wielorybnicza i tam też najwięcej pamiątek scrimshanderskiej roboty można spotkać.

W Europie na scrimshaw można się jeszcze natknąć w muzeach morskich i nautykwariatach Wielkiej Brytanii, Włoch i Francji. W Polsce nie spotkałem się jeszcze z pracami scrimswhanderskimi. Nie słyszałem też by ktoś parał się tym zajęciem. Szkoda bo chętnie wymieniłbym się doświadczeniami i pogłębił swą wiedzą o tej pięknej sztuce.

Mówiąc o scrimshaw warto zatrzymać się na chwilę przy samym tym słowie. Jak się je pisze po polsku i czy w ogóle istnieje polski odpowiednik tego słowa? W języku angielskim istniało kilka wariantów jego pisowni. Pisano je „scrimshaw” lub „schrimshaw”.

Scrimshaw, czy też schrimshaw oznaczać może samą czynność rycia w kości bądź gotowy produkt. Istniało też kilka form czasownikowych tego słowa: scrimshonting, squimshonting,

schrimchonting. Przez niektórych scrimshanderów, dla określenia czynności rycia w kości, a może i samego produktu, używane było słowo „haberdashing”. Obecnie najpopularniejszą jego formą jest „scrimshaw”.


Obraz Mariusza Radomskiego - Syna Kapitana Jerzego Radomskiego 


W polskim tłumaczeniu “Moby Dicka” Hermana Mervill’a jest kilka fragmentow poświeconych scrimshaw gdzie słowo to przetłumaczone jest jako „skrimszo” (skrimszander).

Scrimshaw odeszło w cień wraz z upadkiem wielorybnictwa pod koniec XIX w. Umiejętność te pielęgnowali emerytowani marynarze a od nich przejęli ja nieliczni rzemieślnicy, grawerzy i zawodowi graficy. Dzieki nim i wszystkim miłośnikom scrimshaw dotrwało do diś. Jeśli wiec kiedyś, w jakimś portowym mieście natkniecie się na wizerunek żaglowca wyrytego w kle kaszalota, morsa czy kości słoniowej, to pamiętajcie, ze macie do czynienia ze sztuka, która ze wszystkich innych najbardziej z morzem jest związana. - Mariusz Radomski

W roku 2016 zaś Kapitan Jerzy Radomski wraz z załogą odwiedzili cudowne wyspy portugalskie - Azory, gdzie znajduje się bardzo ciekawe muzeum tej sztuki, oto kilka zdjęć:


5 pokoleń właścicieli najsłynniejszego baru żeglarskiego na Azorach - Peter Cafe